Decyzja.

Kiedy byłem mały, uwielbiałem oglądać obrady sejmu. Najbardziej ze wszystkich podobały się mnie te, kiedy były głosowania. W fotelu miałem przycisk, którym razem z posłami zdecydowałem, czy poprawka, ustawa i inne takie przejdzie, czy też zgodnie z zaleceniem komisji zostanie odrzucona. Oczywiście podnosiłem też rękę, bo przecież marszałek mówił, że kto zechce, niech podniesie rękę i naciśnie przycisk. No więc jak tak bez ręki?

W ten sposób na swój sposób i w swojej głowie współuczestniczyłem w budowaniu państwa. Dziś mogę to robić zupełnie inaczej. I nie na niby.

A czy Ty oddałaś/oddałeś dziś już swój głos?

PS: teraz już wiecie, dlaczego jestem tak popieprzony… 😛

Jezus.

Ten uczuć (anoia 🙃), kiedy chcesz z nim się spotkać, ale okazuje się, że to nie ten Świebodzin… Zawsze sobie to przypominam, gdy jadę do Dziadka. Ale teraz minąwszy ten właściwy właśnie.

Postanowiłem wziąć urlop. Bez komputera, bez pracy, tylko plecak, muzyka i ja. I czytanie, elektroniczne i papierowe. Ojezu, ile w Szczecinie jest wewcentrum kościołów! Prawie jak w Krakowie. Gdzie nie skręcisz, kościół. Nawet siedmiu adwentystów któregoś tam dnia.

Zobaczymy, co z tego wyjdzie. Na pewno nic dobrego, bo takie akcje nie są w moim stylu. Nie umiem w urlop, nie umiem w kilkudniowy wypoczynek. Ale postanowiłem jeździć. Bez konkretnego.

I piosenka o Kasieńce grana była w radiu, co to chce ta ona Kasieńka barszczyk z kiełbaską. I niby wiem, o co w tej piosence chodzi. Ojeżu, ale tak podczas okresu to niefajnie, szczególnie kobiecie. Podobno. Rzekomo. I żadne to disco polo nie było. Folkowa muzyka. Jak znajdę to wrzucę na kolację.

A potem taka akcja. Facet krzyczy na niemowlę. Po niemiecku. A ono płacze coraz bardziej. I tak sobie myślę: Ale czemu Ty się chłopie dziwisz, że ono jeszcze bardziej wrzeszczy, jak Ty do niego po niemiecku?! Weź normalnie powiedz. A potem sobie pomyślałem: Ojezu, przecież jesteś w Bansin, a tu dzieci się chowa w Ordnungu

Lada moment moje łebki. Na szczęście po polsku. Ale i tak się nie naodpoczywam. Kto pamięta, że miało być wino, niech wie, że było. I powiem Wam wewtajemnicy, że to były najlepsze urodziny ostatnich lat. Mimo, że nie obchodzę. Dodom wróciwszy rano. A potem do pracy. Takie święta mimo to to ja mogę mieć co tydzień. No może co trzy. Ciekawe, czy Jezus urodziny obchodził za życia. Czy w ogóle była wtedy taka tradycja. Hmmm…

Pełć.

Czytam nagłówki. Parę dni temu.

Jak wychowywać dziewczynki, by odniosiły sukcesy?

Albo to:

Seksizm szkodzi. Według naukowców niszczy psychikę mężczyzn.

Prognoza pogod… A nie, ten nie.

A może by tak nie cisnąć nachalnie z tą feministyczną (a w zasadzie pseudofeministyczną) propagandą, bo to nie stało obok feminizmu, tylko uczyć ludzi, wychowywać od maleńkości na nie-chujów? Wtedy i kobieta będzie traktowana tak, jak być winna (nie, że ta ona kobieta jest czemuś winna, tylko że winna być traktowana jak kobieta), a i faceci nie będą pizdami. Wychowanie tyczyć się winno obu pełci. I ludzie byliby szczęśliwsi, a nie odpierdalali zjebanych akcji. Żadnego rozgoryczenia, żadnego płaczu w poduszkę, żadnej żałoby.

A może pasowałby byłoby też przestać żyć życiem innych żyć? Bo na ten przykład jakaś tam Monika przeszła metamorfozę. Zobacz jak wygląda! Albo jeszcze jakaś pani pokazała swoje zdjęcie topless! I nawet jeśli w „szczytnym celu”, to jest to dla mnie dziwne. Dla mnie to samouprzedmiotawianie się. Mimo wszystko. Pewnie, że jestem szowinistyczną świnią, bo lubię patrzeć na ładne kobiety. W tramwaju, na ulicy, w różnych okolicznościach przyrody niepowtarzalnej. Ale nie rozbieram ich wzrokiem od razu. Po godzinie dopiero. A potem płacz, że faceci tylko o jednym i z małymi się na łby pozamieniali. Do poduszki płacz. Maja ma rację. Dużo racji ma Maja.

Ale widzę to dopiero po jakimś czasie, po swoich doświadczeniach bycia chujowym i traktowania mnie chujowo. Moje mentalne dojrzewanie osiągnęło już osiem i pół. Za kilka lat pewnie skończę dziewięć.

Nie potrafimy w relacje, nie potrafimy w obecność, nie potrafimy w zaufanie. I w wiele innych rzeczy nie potrafimy. Ja nie potrafię. W rozstania też nie. I w traktowanie człowieka jak człowieka. Ułomnego, dobrego, potrzebnego.

Nie mam ochoty na gównoburzę, więc bardzo proszę o sensowne podejście do sprawy. A wyjątki stanowią potwierdzenie reguły.

Takie tam rozkminy z tramwaju o poranku w poniedziałek.

Życzenia.

Dziś 4 października, różne święta w tym Światowy Dzień Zwierząt. Wobec powyższego postanowiłem złożyć sobie życzenia, w końcu jestem małpą. Wredną.

A zatem wredna małpo, życzę Ci by wyszedł z Ciebie ten gad wstrętny. Byś nie psuł ludzi, bo im kończyna, choćby fantomowa, nie odrośnie, jak upierdolisz (tak, tak, bo oni to płazy, ewentualnie płazińce – ale przecież miało być o mnie…). A sobą jeleniu jak zwykle się nie przejmujesz, więc luz. Choć suką na szczęście nie jesteś. (Nie jesteś?)

Pamiętaj Pszczółko, byś przez przypadek nie zapylił, bo miodku to już wystarczy. Nie, żebym uznawał Cię za buhaja czy ogiera, ale jednak… Chociaż jakby tak się zastanowić, to wałach z Ciebie żaden. Cap czasem. Choć jak czasem tak mruczysz…

Baranie mój najdroższy, oby udało się Ciebie przestać zderzać się ze ścianą. Bo rogi Ci odpadną i będziesz łoś, po prostu łoś.

Po prostu przestań być knurem. Bo świnia z Ciebie doskonała.

Wszystkiego najlepszego, Ośle.

Odkurzacz.

Czasem myślę, że dobrze, że jestem dochodzącym ojcem. Pewnych rzeczy nie widzę. O pewnych rzeczach nie wiem. A czego oczy nie widzą…

Siedzę na prowincji. Obserwowałem ludzi na przystanku zbiorkomu. Uważam, że rodzice są coraz gorsi. Oczywiście od samego początku zdając sobie sprawę, że nie byłem i nie jestem idealnym ojcem. Ale w zasadzie wszystko, co robię, robię dla łebków. Trochę się zajeżdżam, bo (nie odbierając niczego ich matce) tyram na potęgę, by choćby ich nie wywalili z mieszkania. Sam mam z tego tylko pretensje od byłej. I nic dla siebie. Chociaż majtki sobie i skarpetki czasem kupię. Ale co rusz dostaję opierdol, że z pewnymi rzeczami przesadzam, bo powinna je ogarniać sama, a ja dalej daję się wyruchać.

Nie, to nie wina braku asertywności ani też słabości do niej. To świadomość, że jak zluzuję, tu wszystko jebnie.

Wymyśliła sobie Kilimandżaro w przyszłym roku. A rachunek za prąd w dupie. Co rusz nowe graty w góry. Ale kuchenki nie ogarnie, bo wiecznie nie ma czasu. Jestem sfrustrowany i to przez nią miałem epizody. Ale kto inny powie, że to nigdy nie jest wina kobiety. Że to facet zawsze spierdoli. Wina jest po środku. Zawsze. Uciekałbym.

Narzekam na brak dłuższego wolnego. Dziś usłyszałem, że gdybym się nie rozwiódł, miałbym urlop co roku. A zaraz potem patrząc na to, co się dzieje, doszedłem do wniosku, że coś w tym jest. Tylko okoliczności byłyby chujowe. Bo dziecka byłyby w domu bidulu, a ja w więźniu…

A w ogóle w życiu to szaleństwo, które wymyka się spod kontroli. Ale o tym kiedyś.

PS: Wierszyk nadal nie nada. Bo nie mogę znaleźć innego słowa do rymu zamiast ssała…

Zwykle.

Ty nigdy nie będziesz zwykłym facetem, Łukaszu.

No i tak się zacząłem zastanawiać, czy to dobrze, czy źle. Bo moje wewnętrzne ja mówi, że to ma łechtać go tego ego mnie. Ale ja stawiam pytanie, czy nie chodzi raczej o to, że jestem aż tak bardzo popieprzony?

I weź tu zrozum człowieku kobietę….

Zwykle na początku miesiąca idę i biorę fakturę za bilet w POP ZTM. Zapomniałem, że pierwszy studencki.

Nie spodziewałem się smsa od Sis. Przy całej mojej bracianej miłości do Niej i pełni radości, że się układa, nie mogę w Jej wiarość. W ogóle męczy mnie wciskanie wszędzie bogów. Nie tylko w Jej wydaniu. Nikomu w paciorek nie zaglądam. Do łóżka też nie. I nie lubię, gdy ktoś zagląda mnie. Chyba, że idzie ze mną za moją zgodą. Wtedy niech wpada śmiało. Jednak zwykle niech się wstydzi ten, kto widzi.

Autostop.

Miałem taki fajny wiersz ułożony, gdy jechałem autem, ale jak tylko przesiadłem się do pociągu, zapomniałem. Coś o ssaniu było. Więc wiersza nie będzie. Ani o pościeli. Stop!

Jak na razie przedział pusty. W tamtą stronę, w piątek, trafiłem na bandę harcerzy. Pięciu chłopców i zastępowy. W dwóch sąsiednich przedziałach było jeszcze dwunastu zuchów. Trafiłem najgorzej, bo zastępowy, student czegoś, chciał pozabawiać swoich chłopców żartami, lekko sprośnymi komentarzami i zabawami w słowa. Znaczy słowa były niesprośne. Gra kontakt czy jakoś tak. W każdym razie zostałem uświadomiony w nowych formach odmiany rzeczownika, w którym to pojawiają się dotychczas niekojarzone z konkretnymi przypadkami końcówki, nowych znaczeniach niektórych słów, a wszystko to okraszone było ogromnym śmiechem pospólstwa. I na peronie nawet z szeregiem mieli problem. Dramat! Dramat, kurwa! Nigdy harcerzem nie byłem i postanawiam, że nie będę! Bo źle psują słowa. Stop!

Jestem dobrym człowiekiem, ale chujowym facetem. A przecież tak być nie powinno. Przecież to powinno być ze sobą ściśle powiązane. Czytam książkę, tam też faceci to chuje, ale dobrzy ludzie. (Otworzę nawias i powiem Wam wewtajemnicy, że wewtej książce baby to też chuje. Kto pamięta ten tekst, łapka w górę! Milion łapek i wygracie statek!) A przecież da się nie być chujem. Wiem, bo mam takie zrywy. Tylko materiał wtedy znika. Z horyzontu. Więc wracam do bycia chujowym. Stop!

Śniła mi się koleżanka z dawnej pracy. Byliśmy ze sobą wewtym śnie cieleśnie. W zasadzie to się kiedyś śliniłem na jej widok. A potem przestałem. Bo ślina w pracy przynosi samo zło. Wiem coś o tym. Więc związkom w kołchozie mówię stop!

Za chwilę Kraków. Wpadnie stado podobnych do mnie słoików. Będą w swoich walizkach targać bigos do stolicy. Jak ja. Rodzicielka dała. Muszę się więcej ru..ać, bo się brzuch robi. Ale zawsze jesienią i zimą chodziłem na spacerniaki bardziej. Zapuszczanie – stop!

Złamałem regułę milczenia, choć postanowiłem, że się nie będę odzywał. Znów jestem taki, jak często. Powinienem nie być. Chcę nie być. Będę inny. To się nie może powtórzyć. Nie popełnia się kilka razy tego samego błędu, nawet dla pewności. Stop!

To wszystko o mnie. Autostop!