Dostanę Nobla.

Albo inną ważną nagrodę. Za odkrycie, czym są te nieszczęsne chemitrailsy.

No bo to było tak. Idę sobie z tramwaju i obserwuję niebo. Leci samolot. Nawet nie za wysoko, bo przymierza się w niedalekiej przyszłości do ładowania chyba Przeleciał, narobił szumu. No jak to samolot. Należy nadmienić, że żadne inne środki komunikacji się nie przemieszczały wewszeroko rozumianej okolicy. No i idę dalej. Tup, tup, tup, param pam pam.

Nagle ni z tego, ni z owego czuję lewym nosdrzem zapach. Na ziemi żadnych plam, a przecież pobliskie krzaki tak nie pachną. Niewiele trzeba było czekać, by prawe nosdrze dość szybko potwierdziło, że żadne to majaki, tylko pachnie zimowym płynem do spryskiwaczy. Skojarzyłem fakty, zestawiłem puzzle istoty poznania z cząstkami empirycznymi i wyszło, że to on ten samolot.

W drodze dalszej dedukcji, a należy nadmienić w tym miejscu, że prowadziłem ją przez czas dłuższy w kolejnym tramwaju, stwierdziłem, co następuje:

Pilot, jak leci, to czasem leci trzymając dzielnie stery, ale wtedy może mu się jakieś gówno albo pył inny przykleić do szyby. A to przeszkadza w obserwowaniu trasy i tego, co się dookoła samolotu dzieje. Gdy zaś nie leci, znaczy leci, ale autopilot steruje, to ten pył albo gówno jakieś mu temu żywemu pilotu nie przeszkadza. Bo patrzy tylko z grubsza, a sam popija wino z małej buteleczki. Albo koniaczek. W ostateczności żre po prostu kurczaka z tacki na zmianę z kanapkami. Wiem, bo na filmie widziałem.

Więc gdy staromodnie kurs się odbywa, napieprzać musi wycieraczkami. A jak każdy wie, na sucho to nie warto. Mokro być musi powinno. Drogi P.T. Czytelnik skojarzy, że jak na mokro, to i płyn do spryskiwacza potrzebny. Kwiatowy akurat mieli, to wlali. I ten płyn, który starty wycieraczką połączy się z tym pyłem (ajg) zostaje za samolotem w postaci kreski. Bo samolot to popieprza i wszystko spływa po kadłubie zostając w tyle. Po tym można odróżnić, że samolot na autopilocie lub nie. Kreska – żywy pilot. Bez kreski – automat. Tak oto powstają chemitrailsy.

Moim doświadczeniem podzielę się niedługo z dodatkiem fiction do magazynu Sience. Liczę na dalszy rozwój badań w tej materii oraz na wsparcie PAN.

Okiem „krytyka”.

Dwanaście spektakli w dwanaście miesięcy. Wszystko przez Paulinę. To Ona poszła ze mną do 6. piętra i pokazała mi ten teatr. I natchnęła do wielu rzeczy, w tym do postanowienia, że raz w miesiącu pójdę się odchamić. Byliśmy tam dwa razy. Ale co było dalej, wiecie (przynajmniej ci z Was, którzy czytali rację). To moje subiektywne odczucia zebrane w kilku zdaniach, na które składają się sama forma, ale też i wydarzenia z mojego życia. Tak to się jakoś złożyło. Ale jestem Jej wdzięczny za tamten czas.

Zaczęło się od Central Park West. Niestety nie jest już grany, więc kto nie był, niech żałuje. Żółkowska i Foremniak świetne, choć i tak za najlepszego aktora tego konkretnego wieczoru uważam nielubianego przeze mnie Gąsowskiego. Za fenomenalne wybrnięcie z totalnie nieplanowanego wypadku przy pracy. Spektakl o zdradzie. Śmieszny, ale i dający do myślenia. Przynajmniej mnie. 8,4/10. Bo mogę. No i tak widna, jeździliśmy w przerwie jak dzieci z piętra na piętro, porównując poszczególne poziomy. Najlepiej na 13. Wyżej winda nie jeździ. Na 30 się nie dało, winda nieczynna, pan ma relaks.

Rozczarowany Jej postawą poszedłem na roz/CZAROWANIE w Teatrze Ochoty. To właśnie tam uświadomiłem sobie o wspomnianej niedawno prawdzie. Coraz częściej się o niej przekonuję. Grubo ponad połowę spektaklu się nudziłem. Dramat, kurwa, dramat! A potem pojawiło się mnóstwo myśli i słów banalnych, ale jakże mi wtedy potrzebnych. To dobrze, że poszedłem sam. Ale nie, żebym jakoś bardzo polecał. Czy to samotne chodzenie do teatru, czy roz/CZAROWANIE. Mocne 3/10. Tylko przez to, że te myśli i słowa. Skróciłbym i zostawił końcówkę. Gra aktorska też mnie jakoś szczególnie nie powaliła. No dobra, niech będzie 3,5. Ale to wciąż rozczarowanie.

Znowu 6. piętro. Tym razem Bóg mordu, znany nie tylko ze sceny, ale także jako dzieło Polańskiego Rzeź. Znów sam, nawet przez część spektaklu nie mogłem się skupić. Ale tylko przez moment. Znowu świetna obsada, tym razem jednak prym wiedli Fraszyńska z Pazurą. No po prostu wow… 8 z kawałkiem/10. Aż sobie Rzeź włączyłem, bo ciekaw jestem, jak to wyszło. Ale dialogi po pierwszych pięciu minetach identyczne 😉

Przyszła pora na Teatr Rozmaitości. Masakrycznie daleko, by obejrzeć. Studio ATM powinno być bliżej. Cząstki kobiety, które zebrało kilka tygodni temu jakieś nagrody (nie pamiętam tej audycji w Trójce, ale w nocy czasem o teatrze mówią). Z początku śmiesznie, potem trzeba zmienić salę, by z ogródka przejść do salonu. Mocne 7,2/10, nawet nie dlatego, że po scenie biega atrakcyjna młoda kobieta. Ale za temat. Trudny. Bo utrata dziecka to trudny temat. No i forma. Zupełnie inna niż zwykle. Bo trochę to film na początku, trochę teatr. A potem jeb. W zasadzie to nie tylko dramat tej matki, ale i innych postaci. To ten ze spektakli, który zostaje. Zostaje na długo.

A potem było o polityce. Sprawiedliwość w Teatrze Powszechnym, to bardziej wspominki i poruszanie ważkich problemów społecznych, ale nie w formie typowych kreacji aktorskich. To przedstawienie faktów, postaci z historii Polski i Europy. W zasadzie nie do ocenienia.

Taaaaak! 100/10! Wiecie, co. Po tym napisałem wierszyk do Pauliny, ale mnie zlała. Choć bawiliśmy się przednio. Oczywiście 6. piętro i Piękna Lucynda. I powiedzmy sobie szczerze, że Śleszyńska to bogini teatru. A wszyscy razem tworzą arcydzieło. Maciejewski i  Tyniec to żadni tam młodzieńcy, ale… Ale wow!!!!!!!!!!!!!! A potem Paulina zepsuła telefon i już nie ma mojego numeru. (Swoją drogą mieliśmy szczęście znów siedzieć w pierwszym rzędzie, ale to nic. I tak wooooow!) 6. piętro będę polecał za zawsze wybitną obsadę (nie wiem, jak oni to robią, że zbierają do kupy takie nazwiska…)

Pierwsza wizyta w Capitolu. Śmiechowisko. Alibi od zaraz. Trafiłem chyba na najlepszy skład ze Skrzynecką, Potocką i Wysockim. Pamiętajcie Drogie Dzieci – kłamstwo ma krótkie nogi. 7/10.

Zaraz potem znów był Capitol, tym razem Kiedy kota nie ma. Liczyłem na cycki Wierzbickiej, ale musiałem się zadowolić innymi zgrabnymi widokami. Tu też 7/10. Boże, jak to dobrze, że nie mam dwudziestoletniego stażu małżeńskiego. Jeszcze. Ważne, że zabawnie. Ale tam chyba zawsze tak jest.

Nie, żeby  moje życie było wewchuj smutne, ale pora na Teatr Komedia. Robotę zrobiła w zasadzie tylko Maria Pakulnis, o której istnieniu chyba zapomniałem. To był przezabawny poradnik, w jaki sposób nie ogarniać sobie przyszłości. I że nie zawsze wszystko za wszelką cenę. Żona potrzebna od zaraz. Na razie potrzebuję kogoś do przytulenia. (Kolejny dzień w trzeźwości anonimowego tinderoholika, możecie mi pogratulować…) 7,3/10.

Gdy zobaczyłem Braciaka na zajawce, wiedziałem, że pójdę. Poszedłem na dwa razy, znaczy na pierwszy termin zaniemogłem i oddałem znajomym bilety. Za drugim razem już się udało. We wczorajszym Ożenku, jedno też spierdoliło przed ślubem. Że też tak późno się dowiedziałem, że tak można. Ale w tym akapicie oglądamy Wstyd. I to Kuna zrobiła robotę. Stanowczo za krótko, bo kto to widział przemawiać do widzów tylko przez 80 minet? Dobrze, że przerwy nie było. 8,8/10. Zdrowie!

Gdy zdążyłem już zapomnieć o Dereszowskiej, pojawiła się w przedstawieniu Dwoje na huśtawce. Byliśmy we dwoje, wewsumie wyszliśmy we dwoje, ale nadal nic się nie stało. Ale dzięki tej sztuce i temu towarzystwu odkryłem zajebiste drinki arbuzowe. Ale nie pamiętam, gdzie to było… Dramat. Znaczy ich dramaty odnajduję w swoich dramatach. Od razu przypomina mi się Glaca z Dzisiaj mnie kochasz, jutro nienawidzisz. Ach, zapomniałem 8,7/10

Rok zamknąłem fantastyczną rolą Szyca w Psim sercu Bułhakowa. 9/10. Przezabawna komedia, a Jakus zawsze gra szuję. Ale gra świetnie. GMO to zło. Ideologie to zło. Ludzie to zło. I zło to zło.

Właśnie skończyła się Rzeź. Dobrze, ale jednak w teatrze lepiej. Chodźcie do teatru. I bądźcie dobrymi mieszkańcami planety.

Ożenek.

Staram się utrzymać status quo i zacząłem rok teatralny 2020. 2019 udało się zamknąć dwunastoma spektaklami (chyba zlistuję i w kilku zdaniach napiszę o każdym, bo niektóre są naprawdę świetne). Jak tak dalej pójdzie, będę najkulturalniejszym wśród znajomych. No zaszczyt, kurwa.

Na początek Gogol.

Ta pierwsza randka Iwana i Agafii. Jakbym widział swoje pierwsze spotkania i podchody. No cud malina. Sztywno, dziwnie, ale jak już ruszy to hulaj dusza, piekła nie ma, a mityng kręci się szalenie.

Albo Pazura jako Żewakin, cały ja. Już 17. Albo i więcej. W sumie nie liczę. Kosze i odrzucenia, że o nagłych zniknięciach nie wspomnę, nawet mimo poprzedniego akapitu.

No i Dereszowska, znaczy Iwanowa. Taki Tinder. Bo Tinder kłamie. (Wytrzymałem już 21 dni, brawo ja… 😂)

Polecam. Zabawnie, ciekawie, ale nie powiem, czy był hepiend. Trzeba sprawdzić. W 6. piętrze.

Ten tydzień.

Zasadniczo zaczął się w niedziele i w niedzielę się skończył. Ale zebrałem kilka kwiatków. Na przykład przeogromną frajdę sprawia mi jazda na esce albo autostradzie kołem po ciągłej linii. To wydaje dźwięk, jak Tytanik. Albo inny parowiec. Cieszę się jak dziecko. Wstyd mi za przekraczanie linii.

Ewelina, lat pewnie ze dwadzieścia. Albo dziewiętnaście. Nie ma bladego pojęcia, kto to jest Bielecki („Co to za pisarz?”), ale kuce z Bronksu zna na pamięć. Wstyd mi za dzisiejszą młodzież.

Spora grupa mieszana płciowo i wiekowo. Połowa to turbo-wege. Ale ponieważ została tylko pizza z pepperoni, wpierdalają, aż się im uszy trzęsą. Nawet nie zdjęli plastrów, tylko przykryli zielonym trawem (nie mam bladego pojęcia, co to za trawa była, ale myśleli pewnie, że nie widzę) i sosem czosnkowym. I dawaj. A już Kazimierz śpiewał, co o nich myśli, w swym utworze, co to o Jadzi traktuje. Wstyd mi za podwójne standardy.

Włodzimierz. Jak przystało na szefa partii, jechał ze mną pociągiem. Gdy przechodziłem obok niego w Warsie, kulturalnie dzień dobry. Tyle. Wstyd mi za niego, że nie poprosił o wspólne zdjęcie.

Zehu ze!

Piosenka liczb.

Skończyłem pracę przy orkiestrze o wpół pierwszej. O drugiej byłem strasznie głodny, więc wstałem zjeść fileta z kurczaka, co to mi zostal. Przed trzecią udało mi się zasnąć. Zasnąłem, ale nie wiem, po co, skoro o czwartej zadzwonił budzik, bym zdążył na piątą na pociąg do Bielska. Jak jechałem na dworzec, myślałem, że o szóstej w pociągu to będę już spał, ale jest siódma i spania nie widać. Strach pomyśleć, co będzie za godzinę, po ósmej. Pewnie zrobię taki odlot (nie po raz pierwszy), że będąc w Bielsku po dziewiątej albo będę nie do obudzenia i wyląduję w Żywcu, albo tak nieprzytomny, że w mieście urodzenia pomylę drogę na busa, który ma odjazd po dziesiątej i w końcu nie dotrę na jedenastą na spotkanie. Przewidziałem na nie godzinę, by o dwunastej ruszać nazad. Mam nadzieję, że po trzynastej będzie jakiś pociąg do Warszawy. W razie czego godzina i czternasta z minutami melduję się na kawie w Katowicach. Na szczęście stamtąd jeździ pendolino i piętnasta minut sześć mogę zrobić ziuuuuuu…. Szesnastą przemilczę, bo co by można było o niej powiedzieć? Ważne, że po siedemnastej już w bazie. Obiad, jakiś albo co zamówię, by po prysznicu (a doleci już wtedy zegar do osiemnastej, może nawet z kwadransem) pan z pysznego przyniósł. Dziewiętnasta – fakty. Dwudziesta – koniec wiadomości (tak dla równowagi, by wiedzieć, że strasznie chujowo, ale zajebiście dobrze). Przetrwać chwilę i jak zwykle włączyć z urwanym początkiem tuż po dwudziestej pierwszej milionera (nie jak zwykle, że oglądam, lecz jak zwykle, że z urwanym). Właśnie zacząłem się zastanawiać, czy wytrwam do dwudziestej drugiej… Co, ja nie wytrwam? Potrzymaj piwo! I patrz, już dwudziesta trzecia, zaczyna się blok prymitywnych programów erotycznych, co to koło porno nie stało. Nie zagapię się, bo mnie nie kręci. Znaczy prymitywny mnie nie kręci. Mam zaległe dwa odcinki korony do obejrzenia, więc akurat raz dwa i mamy już północ.

Rany, ale ten czas zapierdziela…

Orkiestra.

Nie wytrzymałem i stwierdziłem, że napiszę. Może ktoś to jeszcze zdąży dziś przeczytać, a jak nie zdąży, to może za rok będzie pamiętał. Może trafi to do kogoś, kto mnie wkurwił, a ponieważ nie jest pod ręką, więc nie powiem mu tego w twarz.

Strasznie wkurwia mnie hejt na Owsiaka. Z gościem rozmawiałem raz w życiu, w siedzibie Fundacji jakiś czas temu. Nie powiem więc, że znam go osobiście, nie kumplujemy się, nie ma bladego pojęcia, kim jestem. Ja też nie wiem, czy jest żydem, kosmitą, gejem czy bogowie raczą wiedzieć kim. I szczerze? Wali mnie, ile z tej imprezy wyciąga. Ile zarabia żona, szwagier, zięć i wnuki. Wali mnie, czy wewśrodku siebie jest politykiem, a myślę, że trochę jest. Politycy też kradną. Ci etatowi. Choć pewnie nie wszyscy. I nawet jeśli przytulił całkiem konkretne sumy w ramach wypłaty nazwijmy to dywidendów, to miał do tego prawo. Bo stworzył mechanizm, który robi dobro. To wynalazek, na którym się zarabia. Jak na każdym. I nie mówcie mi o pracy dla idei, bo będę się śmiał dokładnie tak samo, jak gdy usłyszałem marszałka. I według mnie zasłużenie zarabia. Bo za pracę należy się zapłata. Szczerze? Wewtym wypadku wali mnie, ile. Nie wali mnie za to to, że z pozostałej kwoty zostało uratowane choć jedno życie. Pomyśl sobie, czy nie oddałabyś lub oddałbyś wszystkich majętności swojego życia, gdyby Ci dziecko padło. Owsiakowi, Kaczyńskiemu, Bosakowi, Marianowi, Kryśce, Perunowi, Allahowi czy innemu upalonemu Jah, gdyby którekolwiek z nich mogło pomóc je uratować. Pomyśl, a potem pozwól madce wrzucić złotówkę na sprzęt, który może kiedyś pomóc uleczyć jej bombelka. Tateł też może wrzucić. Ty nie musisz. Ale nie szczuj. Bo szczuj rymuje się z chuj.

Wracam do pracy.