Mis Ju.

Wcale Ci się nie polepszyło.

W zasadzie nikomu się nie polepszyło, jeśli chciałabyś wiedzieć. Ale to bez znaczenia już dziś jest. Przetrwawszy rok. Siedzę i palę fajkę. Nie popijam wódą, bo muszę wsiąść do auta. Z resztą wiesz, że po ostatniej imprezie nie powinienem tykać alkoholu. Początkowo miałem przekiblować w okolicy, by móc się z Tobą napić. Ale uznałem, że nie. Przynajmniej się najem.

Mis Ju werybardzo.

Bezproduktywność.

Trzymaj poziom.

Mój telefon mnie poinformował, że częściej korzystam z urządzenia i poziom baterii może spaść poniżej 0% przed następnym ładowaniem. Gdy spadnie poniżej zera… Ciekawe, co się wtedy stanie? Aż mnie kusi, by sprawdzić. Utrzymać trend spadkowy. To akurat umiem.

Wczoraj ktoś (kobieta wewsensie) w końcu stwierdził, że jestem mądrym człowiekiem (wewsensie mężczyzną). Błogosławieni, którzy nie widzieli… I nie wiedzieli. Bo swoim zachowaniem utrzymałem poziom, a nie zniżyłem się do prymitywnego (ale jakże ważnego) instynktu. Trzymam poziom. (A przynajmniej mi się zdarza.) (Choć seks z nią był fajny, przynajmniej dawno temu.)

Nie ma co się użalać nad sobą. Nawet jak lecą łzy. Albo krew z nosa. Mam osłabiony organizm. Odporność mi spadła i trzyma poziom. A że jest niski…

A w ogóle to się starzeję. Z dnia na dzień. Ale dopiero teraz, po pięćdziesiątce, zaczynam to dostrzegać. A po dwóch to dopiero jest kompletna świadomość. Dokuczają mi korzonki. Albo nerki, jedno z dwóch. Ale na coś trzeba umrzeć. Wszyscy umrzemy. Wyjdziemy na prostą. Kardiomonitor to tak wspaniały wynalazek. Czasem trzyma poziom.

Leżę bezsilny. Na myśl o tym, że bladym świtem pojadę do Białegostoku, aż bolą mnie kolana.

Leżę i trzymam poziom.

(I zastanawiam się, jak może być ujemny poziom naładowania baterii…)

Rozbiory.

Przyznam się bez bicia, że z historii jestem noga. O ile jeszcze lata pamiętam, konkretne daty wielu wydarzeń historycznych przyswajam dopiero teraz.

Dziś 224 rocznica ostatniego, trzeciego rozbioru Polski. Znaczy nie wiem, czy do końca ostatniego, bo polemika na temat oddawania kraju w jedne czy drugie ręce trwa do dziś. Ale nie o to chodzi mnie wewtym wpisie, a o bieżącej polityce tu pisać nie będę.

Wtedy, niemal rok po Insurekcji Kościuszkowskiej, podpisano akt traktat i rozebrano.

Tak sobie luźno myślę, że dziś, żeby kogoś rozebrać, wcale nie trzeba nic podpisywać. Nawet w zasadzie nie trzeba płacić. Ludzie sami się rozbierają. W internetach, na ulicy, po prostu. Rozbiór w biały dzień. Ekshibicjonizm mentalny i cielesny. Gdzie nie spojrzysz, golizna. Całkowita, częściowa, quasi-skryta. Nawet Syrenka jest goła. Bo ta bajkowa to tylko trochę. (Z drugiej strony nie wyobrażam sobie filmu Mała Syrenka z odtworczynią roli w skafandrze. No nie.

Gorzej, że niektórzy nie powinni tego robić. Bo na co komu zdjęcie małego penisa? Albo słowa, które stają się przyczyną śmiechu i ubolewania nad głupotą je wypowiadającego? No nie.

Taka tam luźna myśl.

(Nie)Szczęścię.

Na nieszczęście ktoś wymyślił szczęście. I wtedy ludzie* rzucili się w pogoń za nim. Na złamanie karku, na pohybel tym, co to go chcą pozbawić, po trupach i bez trzymanki. A przecież życie byłoby dużo prostsze, gdyby było prostsze.

Oczywistym jest nawiązanie tytułu do tytułu filmu, który byłem obejrzałem. Może nawet i pierwszy akapit by można by w pewnym stopniu pożenić z tym kinem. Ale o filmie tu właśnie się skończy.

Ludzie* sami sobie robią nieszczęście. Niektórzy są w tym nawet mistrzami. A niektórym to lata**. Głupie decyzje, nieprawda, ta ona pogoń, zazdrość, nieufność. Ale przecież nikt nie każe, pod pistoletem nie trzyma. Swoje decyzje, swoje wybory, swoje wszystko swoje.

Osobiście jestem zadowolony. Bywam. Z tego, co udało mi się osiągnąć w wychowaniu Dziecków, w pracy, ze swoich miejsc. Z relacji mniej, bo jestem psujem. Gdybym nie psułbym, pewnie zadowolony bym nie bywałbym, tylko bym byłbym. Z drugiej strony jak nie być zadowolonym, gdy dobra koleżanka po rozstaniu z facetem (ileż ja się nasłuchałem) dała mi nieużywane (!) prezerwatywy, bo jej „już się nie przydadzą” (ileż ja się później nasłuchałem!). Zapas gumek zawsze spoko. Będę miał z czego skręcać pieski jamniki. Albo na następne urodziny będzie jak znalazł. Więc dobrych ludzi mam dookoła. Doceniam niektórych obecność. Że jeszcze są w stanie wytrzymać ze mną.

Swoją drogą, sama się unieszczęścliwiła z tym facetem. Stała się pocieszycielką w rozpadającym się związku, choć ten on facet tak naprawdę wcale nie chciał odejść od żony. Ot, na chwilę go odstawiła. Teraz jest płacz i zgrzytanie zębów. Jak śpiewała Maja, po co Ci to, no po co? Ale ja się tam nie znam, choć sam odszedłem, bo wiedziałem, że to nie ma sensu. On tego nie zrobi, ot taka mała różnica. A mówiłem (kilka miesięcy temu), żeby dała sobie spokój.

Albo jeszcze taki ostatni przypadek. Inna ona lgnie do niego, choć uważa go za dzbana. Głupi, krzywdzący, psujący ją. A ona do niego wracała. Bo po prostu był. Chujowy, ale był. W końcu odeszła, ale zepsucie jej jest tak duże, że sobie nie radzi. Pierdoli się praca, pierdoli się głowa. Ten przynajmniej kawaler, ale to nie zmienia wiele. Odrobinę. A mówiłem (będzie z kilka tygodni temu), żeby dała sobie spokój.

I jeszcze jeden. Chcący, wielokrotnie odrzucany, ale chcący. Podbijający, nawet zachęcany, a mimo wszystko haltowany tuż. W sumie pod tym względem jesteśmy do siebie podobni, bo mnie się też to zdarza. Tylko ja przywykłem, idę dalej, a on nie. A mówiłem (wieki temu), żeby dał sobie spokój.

O, przypomniała mi się jeszcze jedna z rozmów, nawet z tego tygodnia w zasadzie. Rozdarta między sercem a rozumiem. Nieszczęśliwa od dawna. Przyzwyczajona. Kiedyś snuli wielkie plany. Dziś po prostu mają wspólny adres. A mówiłem (lata temu), żeby dała sobie spokój.

A ja? Nie wiem, czy potrzebuję szczęścia. Dochodzę do wniosku powoli, że nic za wszelką cenę. A szczęście to już w ogóle. Czy moim szczęściem nie będzie spokój, autonomia, brak dramatów, brak krzywdy, przeżycie do kolejnego terminu płatności ZUSu, mienie przytulenia od czasu do czasu, bez przesadnego jarania, powolizm. Niekoniecznie brak problemów, bo nie da się nie mieć problemów. Mam milion swoich. No dobra, kilka. Przyjmuję cudze, póki co się nie przelewa, ale pewnie znów zacznie. Za czas jakiś. I wtedy będę musiał chciał ucinać. Odpocząć od ludzi. Każdy chyba ludź* potrzebuje. Wtedy jest trochę lepiej. Bo lepiej jak jest lepiej…


* – mam na myśli siebie.
* – no niekoniecznie mam na myśli siebie

Decyzja.

Kiedy byłem mały, uwielbiałem oglądać obrady sejmu. Najbardziej ze wszystkich podobały się mnie te, kiedy były głosowania. W fotelu miałem przycisk, którym razem z posłami zdecydowałem, czy poprawka, ustawa i inne takie przejdzie, czy też zgodnie z zaleceniem komisji zostanie odrzucona. Oczywiście podnosiłem też rękę, bo przecież marszałek mówił, że kto zechce, niech podniesie rękę i naciśnie przycisk. No więc jak tak bez ręki?

W ten sposób na swój sposób i w swojej głowie współuczestniczyłem w budowaniu państwa. Dziś mogę to robić zupełnie inaczej. I nie na niby.

A czy Ty oddałaś/oddałeś dziś już swój głos?

PS: teraz już wiecie, dlaczego jestem tak popieprzony… 😛

Jezus.

Ten uczuć (anoia 🙃), kiedy chcesz z nim się spotkać, ale okazuje się, że to nie ten Świebodzin… Zawsze sobie to przypominam, gdy jadę do Dziadka. Ale teraz minąwszy ten właściwy właśnie.

Postanowiłem wziąć urlop. Bez komputera, bez pracy, tylko plecak, muzyka i ja. I czytanie, elektroniczne i papierowe. Ojezu, ile w Szczecinie jest wewcentrum kościołów! Prawie jak w Krakowie. Gdzie nie skręcisz, kościół. Nawet siedmiu adwentystów któregoś tam dnia.

Zobaczymy, co z tego wyjdzie. Na pewno nic dobrego, bo takie akcje nie są w moim stylu. Nie umiem w urlop, nie umiem w kilkudniowy wypoczynek. Ale postanowiłem jeździć. Bez konkretnego.

I piosenka o Kasieńce grana była w radiu, co to chce ta ona Kasieńka barszczyk z kiełbaską. I niby wiem, o co w tej piosence chodzi. Ojeżu, ale tak podczas okresu to niefajnie, szczególnie kobiecie. Podobno. Rzekomo. I żadne to disco polo nie było. Folkowa muzyka. Jak znajdę to wrzucę na kolację.

A potem taka akcja. Facet krzyczy na niemowlę. Po niemiecku. A ono płacze coraz bardziej. I tak sobie myślę: Ale czemu Ty się chłopie dziwisz, że ono jeszcze bardziej wrzeszczy, jak Ty do niego po niemiecku?! Weź normalnie powiedz. A potem sobie pomyślałem: Ojezu, przecież jesteś w Bansin, a tu dzieci się chowa w Ordnungu

Lada moment moje łebki. Na szczęście po polsku. Ale i tak się nie naodpoczywam. Kto pamięta, że miało być wino, niech wie, że było. I powiem Wam wewtajemnicy, że to były najlepsze urodziny ostatnich lat. Mimo, że nie obchodzę. Dodom wróciwszy rano. A potem do pracy. Takie święta mimo to to ja mogę mieć co tydzień. No może co trzy. Ciekawe, czy Jezus urodziny obchodził za życia. Czy w ogóle była wtedy taka tradycja. Hmmm…